Niall
- Hej, co się dzieje?
Stanąłem naprzeciwko dosyć chudej blondynki. Siedziała oparta o zimną ścianę, w lekkiej bluzie, chociaż było tylko 10 stopni na dworze. Miała całą twarz zaczerwienioną, tusz spływał jej po policzkach razem z łzami, spazmatycznie się trzęsła, wyglądała jak kupka nieszczęścia.
Schyliłem się i delikatnie odgarnąłem jej włosy, które przylepiły się do czoła.
- Jestem Niall - usiadłem obok niej. Ściągnąłem swoją kurtkę (przyznam, że niechętnie, bo było mi zimno, ale dobre wychowanie przez rodziców wygrało) i okryłem ją. Dopiero wtedy wzięła się minimalnie w garść i spojrzała na mnie, wycierając oczy.
- Sue. Mam na imię Sue.
- Uhm, okej Sue, więc... dlaczego siedzisz tutaj o dziesiątej wieczorem, płacząc?
- Chłopak mnie zdradził - pociągnęła nosem.
- Ou...
- To się zaczęło tak...
Sue zaczęła opowiadać swoją historię, w którą zainteresowany się wsłuchiwałem. Potem jednak zrobiło się jeszcze zimniej, ale Sue nie skończyła swojej opowieści, więc umówiliśmy się na spotkanie. Od spotkania do kolejnego, tak jakoś poszło. Polubiliśmy się. Staliśmy się przyjaciółmi, byliśmy nierozłączni trzy lata. Potem pierwszy pocałunek, też jakoś tak wyszło. Sue była po prostu idealna. Z tej zrozpaczonej dziewczyny siedzącej pod ścianą, zrodziła się szczęśliwa, piękna kobieta. Planowaliśmy nawet pójść razem na te same studia, bo byliśmy zainteresowani tymi samymi rzeczami.
Pewnego dnia chciałem jej zrobić niespodziankę. Nie byliśmy umówieni, nic z tych rzeczy. Sue wysłała mi SMSa, że się uczy do egzaminu z angielskiego. Chciałem jej choć trochę to umilić. Kupiłem wielki bukiet za trzydzieści dolarów, miałem nadzieję, że się jej spodoba. Nie żałowałem, że wydałem tyle pieniędzy, bo jej uśmiech był bezcenny.
Byłem tuż przed jej blokiem, trzymając te cholernie kujące kwiaty, kiedy zobaczyłem jakąś parkę niedaleko. Wzruszyłem ramionami, co mnie mogła ona obchodzić. Już miałem naciskać na domofon, kiedy zauważyłem, że ta dziewczyna z tym chłopakiem... to była Sue.
Na początku stałem jak wryty, myślałem, że to może jakiś przyjaciel, kuzyn, odnalazł się jakiś brat czy coś, cokolwiek, ale przecież Sue nigdy by mnie nie zdradziła, bo sama przeszła przez taką historyjkę.
Ale czy kuzynostwo się ze sobą... całuje?
Podszedłem do nich, nawet nie miałem zamiaru nic mówić. Sue odskoczyła od chłopaka jak poparzona, on spojrzał na mnie, nie był nawet zaskoczony. Czyli musiał wiedzieć o moim istnieniu. Sue wcisnęła mu jakieś historyjki niczym z żałosnego melodramatu, a on to kupił.
Stanąłem naprzeciwko Sue, która otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale ja tylko pokręciłem głową, zacisnąłem usta i rozczarowany rzuciłem bukiet pod jej stopy. I odszedłem.
Potem ja zamieniłem się w chłopaka, który w nocy siedzi pod ścianą opuszczonego bloku i płacze. Jak taki samotny aniołek, któremu ktoś uciął pierzaste skrzydełka.
Otworzyłem oczy, a w zasadzie spróbowałem je otworzyć, bo w pomieszczeniu, w którym się znajdowałem, było okropnie jasno. Najpierw widok był rozmazany, ale po minucie wszystko się wyostrzyło.
Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, to dwa łóżka naprzeciwko. Puste, leżała na nich tylko złożona pościel. Obok nich stoliki nocne z jedną szufladką i lampką, a po drugiej stronie wysokie stojaki na kółkach.
Po lewej stronie, na ścianie, wisiał telewizor. Był wyłączony. A po prawej były drzwi, lekko przymknięte, ale mogłem spokojnie obserwować to, co dzieje się na korytarzu.
Dopiero teraz doszły do mnie inne zmysły: węch i słuch. Czułem paskudną woń środków dezynfekujących, po prostu śmierdziało szpitalem.
Jezu. Szpital.
Chciałem wykonać jakiś ruch ręką, więc podniosłem swoją lewą, ale zaraz tego pożałowałem; podłączono mnie pod kroplówkę. Zrobiło mi się słabo.
- Boże, ja chcę żyć! - jęknąłem.
Mój głos zginął gdzieś w dźwięku dziwnej maszyny, która pikała tuż nad moją głową i wśród tupotu na korytarzu.
- ... jesteście nieodpowiedzialnymi rodzicami i tyle! Jak mogliście nie zauważyć, że wasze dziecko ma anoreksję?! Może sami je głodzicie?!
- Niech pani nie wtrąca się w nieswoje sprawy! Nasze dziecko, nasz problem, a pani niech wraca do domu i niech się swoimi zaopiekuje!
Rozpoznałem głos swojej mamy, ale barwy dźwięku drugiej kobiety nie mogłem zarejestrować.
Drzwi otworzyły się szerzej, a do pomieszczenia weszła wysoka pielęgniarka z brązowymi włosami, które związała w kitkę.
- Dobrze, że się obudziłeś - powiedziała, uśmiechając się. Obserwowałem ją badawczo, a w zasadzie to, co robi. Oglądałem kiedyś dużo seriali typu "Dr. House" czy "Ostry Dyżur", a w tej chwili poczułem się bardzo bezradny.
- Aaa... - zacząłem mówić, ale zaatakowała mnie chrypa, więc zacząłem kasłać. Miałem wrażenie, że jestem jakimś emerytem i siedzę w szpitalu przykuty do łóżka jakąś śmiertelną chorobą.
- ... przecież to anoreksja! Ona zabija! Gdyby pański syn schodził po schodach do salonu i by w trakcie zemdlał i się zabił, to też by pani nic nie zauważyła?!
- Nie pański zasrany interes!
- Przepraszam cię na chwilę, Niall, zaraz zmienię ci wlew kroplowy.
Zamknąłem usta. Dałem sobie spokój z próbami komunikacji.
Do pomieszczenia za to wkroczyła moja mama. Rzuciła się na mnie jak lwica na mięso.
- Maaa... - znowu zacząłem kaszleć. Poczułem irytację.
- I co z nim teraz?! Gdzie pielęgniarka?!
- Tutaj! Niech się pani uspokoi! - kobieta znowu przyszła, trzymając jakiś woreczek. Pochyliła się nade mną i delikatnie chwyciła moją lewą rękę.
- Może troszkę zaboleć, ale delikatnie, naprawdę - mruknęła do mnie. Powiedziawszy to, wyjęła igłę z mojego nadgarstka. Syknąłem. Z ranki zaczęła wypływać krew.
- Nieeeee! - jęknąłem. Zamknąłem oczy.
- Niall, kochanie, musimy porozmawiać - mama pochyliła się nade mną z drugiej strony. W sumie cieszyłem się, bo odwróciła moją uwagę od tego, co robi z moją ręką pielęgniarka. - Dlaczego nic nam nie powiedziałeś, że masz anoreksję?
Pielęgniarka prychnęła, ale nic nie powiedziała. W sumie było to niekulturalne z jej strony, ale mniejsza o to. Mama to zignorowała, albo niedosłyszała.
Mi w głowie siedziało to słowo.
Anoreksja.
Anoreksja.
Niall Horan, masz anoreksję.
- Co... co? - wyjąkałem. Poczułem ukłucie w nadgarstek, a nawet rwący, chwilowy ból, bo pielęgniarka wbiła igłę w moją żyłę.
- To, co słyszałeś.
Rozmowę przerwała nam jakaś kolejna kobieta, za którą wkroczył do pokoju dla odmiany facet.
- Niech pani go zostawi - powiedziała. Rozpoznałem ten głos. To z nią na korytarzu kłóciła się mama.
- Jestem jego matką! - burknęła mama.
- Niall Horan, jestem Stephanie. Będę twoim psychologiem.
Wpatrywałem się w nią jak osłupiały.
- A ja jestem Nicholas. Twój doktor.
- Niall, jesteś chory na anoreksję. Ważysz tylko czterdzieści osiem kilogramów, twoje BMI jest zbyt niskie. Teraz jesteś pod kroplówką i będziesz jeszcze przez jakieś dwa dni. Poza tym zostałeś pobity do nieprzytomności w szkole, nie poniosłeś żadnych obrażeń poza dużymi i wyraźnymi siniakami, są dosyć pokaźne, ale znikną, to najmniejszy problem, jaki teraz jest. Musisz przytyć. Musisz powiedzieć, co jest przyczyną twojej choroby. Będziesz chodził na terapię, a tutaj będą ci podawać posiłki, oczywiście ilość ich będzie stopniowana.
- Kiedy wrócę do domu? - szepnąłem.
- Niall, anoreksja to nie jest zabawa. Gdyby nie to pobicie, pewnie byś milczał, a gdybyś milczał, twój organizm byłby całkowicie wycieńczony i byś umarł. Terapia może ciągnąć się przez parę miesięcy, chyba, że będziesz z nami współpracował, czyli między innymi zjadał wszystkie posiłki w całości, które będziemy ci podawać.
Odjęło mi mowę.
- Oczywiście, istnieje możliwość wracania do domu na weekend. Ale w tygodniu musisz być w klinice pod opieką specjalistyczną. Ale to tylko wtedy, kiedy odłączą się od kroplówek i przytyjesz chociaż z marne dwa kilogramy. Nie trzeba dodawać, że mogą ciebie odwiedzać znajomi.
Ale ja nie mam znajomych, proszę pani.
- Chce mi się spać - powiedziałem tylko, słabym głosem. Pani psycholog kiwnęła tylko do mojej mamy, która pocałowała mnie w policzek, potargała po i tak już zniszczonych włosach, i wyszła z nią. Lekarz powiedział coś do pielęgniarki, ale nie słuchałem jego słów. Wyszedł, a po dwóch minutach pielęgniarka również.
Zostałem sam.
Normalka.
Chris mógł mnie zabić na tym korytarzu, byłbym mu za to cholernie wdzięczny. Bo kogo może interesować moja osoba? Chudy, brzydki Niall Horan, sam, nudny, smutny.
Jestem nikim.
Wsadzą mnie do psychiatryka i będzie spokój święty. Albo sam się zabije, i tyle. Już nikomu nie będę zawracać głowy. Rodzicom, a nawet tym lekarzom i pielęgniarce, skończą pracę godzinę wcześniej.
Nie chciało mi się podnieść ręki, żeby wytrzeć łzy, które leciały mi po policzkach. Gapiłem się tępo w sufit.
Liam
Pogwizdując cicho pod nosem, nalałem wrzątku do kubka, żeby zrobić sobie owocową herbatę. Położyłem ciepłe tosty z roztopionym masłem na talerz, chwyciłem wszystko i wyszedłem z kuchni. Pokierowałem się na schody, a wchodząc po nich, rzuciłem wzrok na Nicki, która tradycyjnie jadła ohydną zupkę chińską.
- Powiedz mamie jak wróci, że lodówka jest pusta i nie ma co jeść - powiedziałem. Siostra kiwnęła głową. Wszedłem do swojego pokoju, odstawiłem talerz i kubek na komodę i zamknąłem drzwi. Zmieniłem swoje jeansy na spodnie dresowe z Adidasa, sięgnąłem po laptopa, włączyłem jakąś stację muzyczną w telewizji i miałem zamiar wyjąć podręcznik do biologii i przeczytać temat pracy domowej, żeby ją na jutro odrobić, kiedy przypomniało mi się, że mój telefon nadal spoczywa w kieszeni mojej kurtki, którą schowałem wczoraj do szafy, i takim sposobem zapomniałem go dzisiaj zabrać do szkoły.
Wzdychając, bo już wygodnie się usadowiłem, ruszyłem swój tyłek i otworzyłem szafę. Wyjąłem telefon z kieszeni.
- Co? Wyłączony? - zdziwiłem się. Widocznie bateria przez noc musiała się rozładować. Podłączyłem telefon do ładowarki, a na ekranie pojawiło się powiadomienie.
4 nieodebrane połączenia od: Nieznane.
Ponownie się zdziwiłem, ale zaraz wzruszyłem ramionami, bo i tak nie odbieram połączeń od nieznanych numerów. I tak mam wszystkich swoich znajomych zapisanych na karcie pamięci.
Zacząłem wertować podręcznik, aż w końcu znalazłem stronę z tematem.
Wyjaśnij termin "Zespół nabytego niedoboru odporności AIDS" w rozprawce mieszczącej się na dwóch kartkach formatu A4.
Zacząłem szukać na swoich półkach książki o różnych chorobach, między innymi właśnie o AIDS. W tym przypadku była niezawodna. Po chwili przypomniałem sobie, że parę dni temu wziął ją Zayn.
Powędrowałem więc do jego pokoju.
Otworzyłem cicho drzwi. Nigdy nikomu bez pytania do pokoi nie wchodzę, ale Zayna jeszcze nie było, poza tym miał moją książkę, która mi była potrzebna.
W jego małym królestwie panował idealny porządek. Łóżko było starannie pościelone, nie było żadnych walających się ubrań czy skarpetek, laptop leżał na biurku obok perfekcyjnie ułożonych ołówków i długopisów. Krzesło było zasunięte, rolety odsłonięte, książki leżały w równych rzędach. Bez trudu znalazłem swoją zgubę. Wyjąłem ją spośród innych, ale niechcący zleciał mi jakiś notes, który się otworzył. Miałem zamiar go zamknąć i odłożyć na swoje miejsce, ale coś przykuło moją uwagę.
To był zeszyt zrobiony własnoręcznie, zawierający wklejone zdjęcia Malika z jego starymi znajomymi.
Wręcz zafascynowany usiadłem na dywanie i zacząłem oglądać notes. Zayn i jego siostra, chyba ta, co zmarła... Zayn i jego tata, jakaś rodzina pewnie też. Zayn w szkole, zdjęcie klasowe, zdjęcia z jego urodzin, jakichś imprez. Malik z jaką dziewczyną, jakaś wycieczka, jakiś chłopak z brązowymi włosami...
Hej, zaraz.
W mojej głowie zaświeciła się lampka.
Świdrowałem swoim wzrokiem chłopaka, z którym Zayn miał najwięcej zdjęć. Ciemne włosy, szczupła twarz, ładny uśmiech. Na niektórych zdjęciach miał paski, na jednym pojawił się w czerwonych spodniach. Oprócz tego, jego włosy były takie... celowo rozwichrzone, lekko stojące.
Pod ostatnim zdjęciem Zayna z tym chłopakiem, był dopisek "Louis Tommo!"
Zmrużyłem oczy. Na ostatniej stronie była kartka, ale niewklejona. To była wydrukowana informacja o poszukiwaniu Tomlinsona.
- O Boże! - krzyknąłem.
Louis Tommo- Louis Tomlinson?
- Zayn, ty... ty się przyjaźniłeś z tym mordercą? - szepnąłem, sam do siebie. Zrobiło mi się słabo.
cdn
niedziela, 3 lutego 2013
piątek, 1 lutego 2013
VII
Zayn
Biegłem, biegłem i biegłem, a z każdym przyspieszonym oddechem dochodziło do mnie, że zrobiłem mega głupotę i że wybrałem najgorszą opcję z wszystkich możliwych. Jak zwykle- zadziałałem impulsywnie. Cały ja. Zamiast pomyśleć logicznie, skorzystałem z chwili nieuwagi policjantów i pobiegłem do miasta, którego wielkość mnie po prostu przerażała.
Poczułem się jak Kevin sam w Nowym Jorku.
Zwolniłem. Najprawdopodobniej musiałem wyglądać trochę żałośnie, bo przypadkowi ludzie na ulicy spoglądali na mnie jak na szaleńca. Zarumieniony z wysiłku, spocony, łapiący oddech i trzymający się za brzuch. W dodatku cały drgałem z nerwów. Rozejrzałem się; nigdzie nie było widać policji, co prawda w takim mieście jak Nowy Jork, gliniarze są dosłownie wszędzie, zwłaszcza w sytuacji, kiedy (niby)morderca zwiał z więzienia.
Louis, jak zwykle sprytny!
Uśmiechnąłem się lekko. Ciekawe, co takiego wymyślił? Jakim cudem zwiał w nowojorskiego więzienia, sfałszował dokumenty i chciał wrócić do Europy?
Zacząłem kroczyć przed siebie normalnym tempem. Nie wiedziałem, gdzie jestem, ulica była czteropasmowa, kierowcy swoich samochodów co chwila trąbili na tych przed siebie, nawet jeden nie zważając na ruch po przeciwnej stronie postanowił wyprzedzić taksówkę przed sobą. Właśnie, taksówki. Naprawdę czułem się jak główny bohater jakiegoś amerykańskiego filmu, miałem wrażenie, że zaraz wyskoczy jakaś dziewczyna i zacznie mnie bajerować, zakochamy się w sobie, ona mnie weźmie do swojego domu i wszystko byłoby dobrze, ale policja w końcu wkracza do akcji i tak zacznę swoje gangsterskie życie przeplatane z miłością. Oczywiście wszystkich załatwię i będę żył długo i szczęśliwie u boku swojej kobiety.
W sumie szkoda, że tak się nie stało. Żaden plan nie tkwił w mojej głowie. Wyrywając się z objęć policjantów w szkole czułem, że pędzę prosto w otwartą paszczę wygłodzonego lwa.
Spojrzałem w górę, na wielkie wieżowce. Aż zakręciło mi się w głowie.
Ściągnąłem kurtkę, bo było dosyć ciepło. Zacząłem w myślach swoją analizę.
Mam telefon komórkowy. Wyjąłem go- jego bateria była załadowana do 75%. Lepsze to, niż nic. Również swoją kurtkę, ubrania, rzecz jasna i zegarek na ręku. W kieszeni miałem jakieś drobniaki, przeliczyłem, że to pięć dolarów. Przyda się na jakąś drożdżówkę rano czy coś.
Zayn, ty kretynie, chcesz przeżyć w wielkim mieście sam, mając jedynie pięć dolarów, nie wiedząc nawet, ile to wszystko potrwa? Chcesz znaleźć Louisa w tej miejskiej dżungli?!
Odblokowałem klawiaturę w swoim telefonie, zacząłem jeździć delikatnie palcem po dotykowym ekranie, kiedy do głowy wpadł mi pewien pomysł, a zasadniczo chyba jedyne istniejące koło ratunkowe.
Przypomniałem sobie jedną rozmowę z Liamem.
- Liam, jesteś bardzo zżyty z Nicki, nie? - zamknąłem na chwilę swojego laptopa. Szczerze mówiąc, to częściej przebywałem w pokoju Liama niż w swoim. Jakoś razem nam było lepiej.
- Tak, to chyba widać - zaśmiał się, ale zaraz zrobił się poważny. Spojrzał na mnie. - A co?
- Chyba mnie nie lubi, nie? - zapytałem, po chwili wahania.
Zapadła cisza. Liam zmarszczył brwi, nad czymś się zastanawiał.
- Nicki nie lubi kogoś bez powodu. Może to ty jej nie lubisz?
- Ou - wyrwało mi się tylko.
- Widzisz? Coś poszło nie tak, śmiem twierdzić, że z twojej strony, bo na lotnisku pierwszy raz byłeś zimny - dodał.
O kurczę. Na to nie wpadłem.
- Ale wiesz co? Ona ci zawsze pomoże, ogólnie ja też, więc jeśli masz jakikolwiek problem, dzwoń do mnie.
"Ona ci zawsze pomoże, ogólnie ja też, więc jeśli masz jakikolwiek problem, dzwoń do mnie"
Mój czubek palca zatrzymał się na kontaktach.
Liam.
Nicki
Wyszłam ze szkoły razem z Liamem, Martinem i Nickiem. W sumie dobrze, że nauczyciele wspaniałomyślnie skrócili nam lekcje, bo inaczej musiałabym pisać dwie kartkówki- jedną z biologii i drugą z chemii, ale to już po lekcjach, bo mam jedną zaległą. Najprawdopodobniej nie zaliczyłabym żadnej, bo nadal byłam roztrzęsiona, chociaż moja szyja w ogóle nie bolała, nic z tych rzeczy. Jednak widok nieprzytomnego Nialla zbyt mocno wrył mi się w pamięć. To było naprawdę okropne.
Stanęliśmy przed parkingiem. Usiadłam na trawie, a zaraz zrobiła to samo reszta chłopaków. Było w miarę ciepło, słońce przyjemnie grzało, ale nie było zbyt upalnie. W sam raz.
- Mama nie wie nic o skróconych lekcjach, nie? - zwrócił się do mnie Liam.
- Nie - potwierdziłam jego słowa. Liam zaczął buszować w kieszeni swoich jeansów. Po chwili pacnął się ręką w czoło.
- Kurczę, nie wziąłem telefonu!
- Ja mam.
Wyjęłam z kieszeni swoją komórkę, ale zaraz zmarszczyłam brwi.
- Przecież mama pracuje, nigdy po nas nie przyjeżdża, jaki widzisz w tym sens? Będzie tylko mi zadawała pytania dotyczące tego siniaka - wskazałam palcem delikatny, fioletowy odcisk na szyi.
- Tego nie unikniesz - wtrącił się Martin.
- No tak, ale teraz nie jestem w formie do konfrontacji z mamą.
- Chris tak cię wkurzył?
- Niall, martwię się o Nialla.
- Myślę, że ten temat mamy już za sobą - mruknął ponuro Nick.
Zapadła cisza. Zauważyliśmy jakąś dziewczynę idącą w naszym kierunku. Potrząsnęła swoimi blond włosami, w zasadzie do połowy blond, bo druga ich połowa była czarna. Odrosty. Fe!
Nick jęknął. Liam uśmiechnął się. Pewnie pomyślał o tym samym, co ja- Nick i Hannah to chyba najdziwniejsze rodzeństwo na świecie. Nick nie cierpiał swojej siostry, nie trawił jej towarzystwa, wściekał się, ilekroć pojawiała się w pobliżu. Natomiast Hannah uczepiła się go jak rzep do psiego ogona, do mnie również. Szczerze mówiąc, to nikt nie przepada za nią. Myśli, że jest popularna w szkole, że wszyscy chcą się z nią przyjaźnić, bo jest prawdziwą gwiazdą. Szkoda, że rzeczywistość wygląda inaczej, nikt jej poważnie nie traktuje i wszyscy dookoła ją spławiają. Może jedynie interesują się nią wtedy, kiedy w szkole dzieje się coś ciekawego i chcą wydobyć z niej więcej informacji na jakiś temat, bo Hannah to wylęgarnia wszelkich plotek i dochodzeń. Czasami było mi jej szkoda, ale wina leżała tylko po jej stronie. Gdyby chociaż z wyglądu wzięła się za siebie... dlatego nikogo nie dziwią reakcje Nicka, gdy ją widzi.
Dziewczyna podeszła do nas, krzywo stawiając kroki w swoich szpanerskich szpilkach za parę tysięcy dolarów.
- Nick, masz szczęście, za parę minut przyjedzie po nas mama - rzuciła do swojego brata, machając torebką; przy okazji uderzyła nią w Liama.
- Boże, ogarnij się, działasz mi na nerwy - mruknął.
- Sorki! - odparła Hannah.
- Okej, dzięki za przekazanie informacji, teraz możesz odejść - Nick wstał i spojrzał na siostrę z grymasem na twarzy.
- Dlaczego jesteś dla mnie taki chamski?
- Dlaczego jesteś taka irytująca?
- Dlaczego tak się do mnie odzywasz?
- A dlaczego się nie przymkniecie?! - huknął Martin.
- Enjoy the silence... - zanucił Liam.
- Depeche Mode! - uśmiechnęłam się. - All I ever wanted is here, in my arms!
- E, Nicki! - Hannah odwróciła się do mnie. - Gdzie Malik?
- Zayn jest jak kot, łazi swoimi ścieżkami - odpowiedział za mnie Liam. Przytaknęłam tylko głową. Zayn był dla mnie dosyć wrażliwym tematem, cały czas trzymał mnie na dystans i tak naprawdę nie zdążyliśmy zamienić ze sobą normalnych, luźnych kilku słów, a z Liamem zdążył się dobrze zakumplować. Zastanawiało mnie tylko- dlaczego? Czym się do mnie zraził? Przecież jeszcze przed jego przylotem, pisaliśmy ze sobą. A może zdenerwował się za moją nachalność albo ciekawość?
- A wiecie, że podobno zamknęli Harry'ego?
- Co? - odezwaliśmy się wszyscy w tym samym momencie. Hannah, gdy zauważyła, że w końcu ktoś ją uważnie słucha, rzuciła swoją torbę na chodnik i zaczęła relacjonować.
- Wiecie w ogóle, dlaczego u nas dzisiaj było tyle glin? Podobno nowojorska policja prowadzi śledztwo w sprawie Tomlinsona...
- Nie podobno, tylko na pewno - wtrącił się Martin. - Przecież zwiał groźny morderca, to jasne, że muszą go szukać.
- Och, daj mi skończyć! - zirytowała się. - Bo najprawdopodobniej ten szaleniec zabił pierwszą dziewczynę na imprezie, no a na imprezie bywają zasadniczo tylko ludzie w naszym wieku, więc służby postanowiły sprawdzić wszystkie szkoły, a dokładniej przepytać uczniów do nich uczęszczających. Przepytali więc Stylesa. Nie wychodził z gabinetu do końca lekcji. Potem jeden gościu powiedział mi, że widział go, jak policja wyprowadza go z gabinetu jakieś dwie-trzy minuty po dzwonku na lekcje. Widział go, bo był akurat dyżurnym i musiał posprzątać syf na korytarzu po swojej klasie.
Zapadła cisza. Wszyscy mierzyliśmy się zaskoczonymi spojrzeniami.
- Myślicie, że Harry Styles ma coś wspólnego z tym zabójstwem i tym mordercą? - odezwałam się, zdumiona.
- Skoro ryczał, to coś musiało wyjść na jaw!
- Co? Płakał?
- Taaak!
- Ale jaja - mruknął Nick. - A myślałem, że jest porządny.
- Przestańcie, przecież nic nie jest wiadome na sto procent. Równie dobrze ten chłopak mógł okłamać Hannah, a ona łyknie wszystko - odezwał się spokojnie Liam. - Znam Harry'ego. To do niego nie pasuje.
- No! Ja też go znam! - powiedział Nick.
- Wszyscy go znamy - dodał Martin. - Czasem był trochę chamski i oziębły, skrywał w sobie jakieś bzdety, ale przecież pochodzi z porządnej rodziny, bez patologi czy czegoś w tym stylu. Dobrze ubrany, szacunek dla kobiet, rzadko przeklinał nawet.
- Ale musiało coś być, skoro wzięła go policja, tak?! - Hannah drążyła temat. Z ekscytacji jej policzki zrobiły się różowe.
- Calm down - stęknął Nick. - Mama jedzie. Chodźcie, podwieziemy was przy okazji.
Rzeczywiście, srebrny, duży samochód mamy Nicka i Hannah zaparkował niedaleko nas. Liam, Martin i ja wstaliśmy i podążyliśmy razem z Nicki i Hannah.
- Cześć, mamo! - Nick otworzył drzwiczki. - Nie masz nic przeciwko podwiezieniu Liama i Nicki do domu, nie? Bo skrócili nam lekcje, jak wiesz, a ich mama pracuje, no i po co mają iść, skoro...
- Jasne, wsiadajcie! - przerwała mu kobieta. Na oko miała z czterdzieści lat, posiadała ładne, rude włosy, obcięte na wysokość szyi. Miała delikatny makijaż oka, delikatne piegi i zmarszczki wokół oczu i ust. Była sympatyczną osobą, taką pozytywną.
Nie musieliśmy jej mówić gdzie mieszkamy, bo podwoziła nas już parę razy, a Martin wprawdzie mieszkał niedaleko nas, więc pewnie wysiądzie razem z nami.
- A co tak dużo wozów policyjnych tutaj? - zdziwiła się, wycofując samochód.
- A, widzisz mamo, szukają u nas Tomlinsona - odpowiedziała szybko Hannah, siedząca na przodzie. Nick popukał się w czoło, ale nic nie powiedział. Martin parsknął śmiechem.
- Ha, ha, bardzo śmieszne - zironizował Nick. - Nie moja wina, że ona ma taką rozwiniętą wyobraźnię.
- Słyszałam! - Hannah odwróciła się. Jej brat pokazał jej język.
- Uspokójcie się, dobra? - westchnęła ich matka.
- Co dziś na obiad? - zainteresował się Nick. - Nie zdążyłem nawet kupić drożdżówki.
- Zapiekanka z serem i brokułami - odparła.
- Yay!
- A my mamy bardzo dobrą zupkę chińską, co nie? - odwróciłam się do Liama.
- Ble! - jęknął. - To smakuje jak sproszkowany kapeć.
- Skąd wiesz?
- To była metafora. M-e-t-a-f-o-r-a!
- Dobra! - przerwał nam Martin, który powoli ogarniał się do wyjścia, gdyż byliśmy już na naszej ulicy. - Jutro idziemy do szpitala?
- Jutro jest sobota, nie? - upewnił się Nick.
- Tak - odpowiedzieliśmy chórem.
- Do szpitala? Po co? - odezwała się mama Nicka.
- Do Nialla Horana. Dzisiaj stracił przytomność, bo go pobili, a ma w dodatku anoreksję.
- O kurczę! - zatroskała się. - Anoreksję? Chłopak? W waszym wieku? To rodzice nic z tym nie zrobili? Jak to się w ogóle stało? Pobicie? Jezu!
- Ja ci to wszystko opowiem - odezwała się Hannah.
- A lepiej, cholera, nie! Ja wolę to zrobić! - zirytował się Nick. Martin, Liam i ja pospiesznie wyszliśmy z samochodu, wysłuchiwanie kolejnej kłótni rodzeństwa byłoby męczące, a co dopiero ma taka matka!
- Dziękujemy za podwózkę! - krzyknął Martin i zamknął drzwi. Samochód odjechał.
- Jakim cudem Hannah i Nick są rodzeństwem? - Liam uniósł brwi.
- Dopiszę to do swojej listy "Pytania retoryczne" - odparł Martin. - To do jutra!
Pomachaliśmy mu i sami się odwróciliśmy w stronę naszego domu. Liam wyjął swoje klucze i zamknął za mną furtkę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)