sobota, 7 września 2013

DEAD: ALIVE- XIV

Długo nie było nic nowego, ale nie ma się co dziwić- szkoła. Chyba wiecie, co mam na myśli, często nawet nie włączam komputera, bo mi się nie chce i nawet nie mam na to czasu. Mam nadzieję, że to zrozumiecie i nie będziecie mnie poganiać, a cierpliwie czekać i przede wszystkim komentować, żeby wynagrodzić mi to, że jednak znajduję jakiś czas dla Was. :)

  Jesień tego roku była szczególnie nieprzyjemna, smutna, dołująca, wręcz depresyjna. Po prostu inna, obca, budząca podejrzliwość i sprawiająca, że człowiek nawet nie chciał wychodzić ze swojej nory w swoim domu. Wydawało się, że czas się zatrzymał, ludzie robią wszystko z przyzwyczajenia, popędzani przez rutynę. Wszystko stawało się wyblakłe i nudne, potrzebna była osoba, która byłaby w stanie wprowadzić coś nowego i świeżego, ale nikt nie chciał się zgłosić na ochotnika, każdy chował się pod kołdrę o coraz wcześniejszej porze. Ludzie chodzili po chodnikach bez ważniejszego celu, zgarbieni, schowani w płaszczach, czapkach i szalikach, zniknęli starzy ludzie, którzy w lato zawsze siedzieli w zadbanych parkach na drewnianych ławkach, czytający dzienniki i uśmiechający się do młodszych pokoleń, które mówiły im "dzień dobry". Taki drobny gest, a starszemu człowiekowi od razu cieplej na sercu, bo czy jest coś bardziej pocieszającego, niż oglądanie młodego, poukładanego człowieka, który za parę lat będzie nami się opiekował, zasiadając na jakimś politycznym stanowisku?
  Chociaż nie było jeszcze kalendarzowej zimy, któregoś popołudnia zaczął padać pierwszy śnieg, który zaraz się roztapiał, ale jednak było trochę inaczej i zimniej niż zwykle. Zima zawsze wprowadza coś innego, sprawia, że człowiek chociaż minimalnie budzi się ze swojego snu i zaczyna się leniwie rozglądać, bo śnieg oznacza, że zaraz przyjdzie wiosna. No, może nie zaraz, ale jest już bliżej niż dalej. A jej przyjście równa się z jakimiś nowościami i kiełkującą w nas nadzieją na lepszy rok, zaczynamy planować, bierzemy się za porządki, chcemy sobie wszystko poukładać i ponownie uwierzyć, że może być dobrze. W końcu za chmurą zawsze jest słońce. Do codziennej szarości w pewnej chwili zaczynają docierać pierwsze kolory. Człowiek zaczyna się uśmiechać. To takie nasze małe, osobiste niebo.
  Ludzie mówią, że po śmierci czeka na nas raj. Raj natomiast jest miejscem, które możemy sobie sami wybrać i będziemy się tam czuć najlepiej. Będziemy się uśmiechać z nieokreślonego powodu, proste słowa, które kiedyś nas irytowały, teraz będą dla nas przesycone satysfakcją, bo daliśmy radę i przeżyliśmy najgorsze. 
  Louis stwarzał skomplikowaną sytuację. Można powiedzieć, że już umarł, ale ktoś dobrze się zastanowił i zostawił go jeszcze na ziemi, bo nie zdążył wszystkiego pozałatwiać. I tak faktycznie było. 

- Sąd skazał Louisa Tomlinsona na dożywotnią karę więzienia za świadome zabicie trzech kobiet. Sprawę uważam za zamkniętą.
  Puknięcie drewnianego młotka mnie ocuciło i zrozumiałem, co tak naprawdę na mnie czeka. Albo co na mnie nie czeka, bo spędzenie reszty swojego życia za kratami nie było dobrą perspektywą.
- Przecież jestem niewinny - szepnąłem, ale nikt tego nie usłyszał, albo nie chciał już mnie nawet słuchać, co od długiego czasu mnie nie dziwiło, bo traktowano mnie jak śmiecia i juz powoli zaczynałem się tak czuć- czyli jak śmieć. Oglądałem swoje odbicie w lustrze i myślałem: czy ten chłopak naprawdę byłby w stanie zabić? Czy ten chłopak, który zawsze respektował kobiety, byłby w stanie którąś z nich zabić, nie martwiąc się o sumienie?
  Wychodzenie z sądu było najdziwniejszą rzeczą na świecie. Gdy tylko pokazałem się na schodach, oślepiły mnie flesze, moje oczy nie były przygotowane na tak intensywne światło. Chciałem podnieść dłoń i zakryć nią sobie oczy, w ogóle najlepiej założyłbym sobie worek na głowę i nie pokazywał się na tym świecie już nigdy więcej, bo to była jakaś jedna, wielka paranoja, to nie mogło dziać się naprawdę! Byłem tylko zwyczajnym nastolatkiem jakich wielu na tym świecie, poszedłem na imprezę, zalałem się w trupa a niedługo potem zostałem skazany na dożywocie. Policjant obok mnie jednak złapał moją rękę, gdy tylko próbowałem ją unieść, bo pomyslał, że mam zamiar uciec albo zrobić coś niezbyt mądrego. Tak, na pewno by mi się to udało.
  Z tłumu wyszedł Harry.
- Harry?
- Morderca - syknął i odszedł.
- Ale Harry, przecież wiesz, że to nie...
  Styles złapał za rękę kogoś z tłumu i brutalnie pociągnął- Zayn nawet się do mnie nie odwrócił.
- Zayn! Harry! Na litość boską, przecież...
  Odwróciłem się w stronę policjanta idącego po mojej lewej stronie i z przerażeniem zobaczyłem, że to był nikt inny, jak Niall Horan.
- Niall, puść...
- Dla ciebie "pan Horan", śmieciu - warknął i wcisnął mnie do radiowozu. Pojawił się też Liam i triumfalnie zatrzasnął mi drzwi furgonetki przed nosem.
- Boże, Liam! Liam! Przecież wy wszyscy wiecie, że to nie jest prawda! - wrzasnąłem, a do moich oczu napłynęły łzy.
  Więzienie, czeka mnie nic innego, jak więzienie.
- Louis Tomlinson już nikomu nie przeszkodzi.
- Louis Tomlinson trafi tam, gdzie jego miejsce.
- Louis Tomlinson jest gówno warty, nawet więzienie jest dla niego luksusem.
- Więzienie? Takich ludzi trzeba zabijać od razu, po co te rozprawy i szum?
  Rozejrzałem się po furgonetce, nie było żadnej szyby oprócz dwóch małych na drzwiach. I gaśnica stojąca w kącie. Chwyciłem ją i rzuciłem nią w szybę, która się stukła.
- Co on robi? Dlaczego w ogóle nikt z nim tam nie siedzi?! Zatrzymać samochód!
  Ich reakcja jednak była zbyt późna, bo drzwi zdążyłem rozwalić. Auto zwalniało, ale ja bez wahania wyskoczyłem na asfalt i wpadłem prawie pod koła jadącego za nami mercedesa, który zahamował z piskiem opon.
- Nikt nie będzie mnie tak traktować! - wrzasnąłem. Łzy leciały mi po policzkach i mieszały mi się z krwią, bo w wyniku bolesnego kontaktu z asfaltem porządnie się obiłem. Jakimś cudem wstałem, ale zaraz znowu spadłem, nic nie widziałem, nic już nie czułem. Dźwięki mi się rozmazywały.
- Louis Tomlinson powinien umrzeć.
- Louis Tomlinson sprawia wam tylko kłopoty, po jaką cholerę wzięliście go pod swoje skrzydła?
- Tomlinson? Ten nieudacznik?
- Zabić go.
- Twoje życie jest w moich rękach. Czuję się jak Bóg!
- Takie to proste.
- Taki słaby. Taki beznadziejny.
- No i masz. Louis Tomlinson umiera.
- Gdybym chciał, to byłbyś już dawno martwy.
- Nie - jęknąłem. - Nie.
- Nie, nic już go dobrego nie czeka, wiem to. Takich ludzi nic dobrego nie powinno nawet spotkać.

- NIE!

Liam

  Cisza. Zapanowała okropna cisza. Nikt nic nie rozumiał, albo rozumiał zbyt dużo. Słowa nie potrafiły opisać tego, co z nami się właściwie działo.
  Gonitwa myśli i próba poukładania wszystkiego w umyśle, analiza bez końca, chęć usprawiedliwienia pewnych zachowań. Nic nie miało swojego początku i końca. Próbowaliśmy ułożyć puzzle, tylko, że żadna ich część do siebie nie pasowała, oszukiwaliśmy siebie, że może nam się uda. Sprawa była zbyt długo lekceważona i bagatelizowana, zbyt często wzruszaliśmy ramionami i powtarzaliśmy, że "jakoś to będzie".
  Pierwszy raz siedzieliśmy w sali Nicki i żaden z nas nic nie mówił, nie licząc Stylesa, który ze zmarszczonymi brwiami mruczał pod nosem czytając tekst piosenki śpiewanej przez dziwnych ludzi na placu. Zayn bujał się na krześle, gapiąc się w ścianę, Nicki na końcu pokoju leżała w swoim łóżku i skubała kawałek rogalika z dżemem w środku, Niall wpatrywał się w czubki swoich butów Nike i czasem wzdychał ciężko, zaciskał wargi. Ja oglądałem przez okno to, co działo się na zewnątrz. Ludzie przyjeżdżali samochodami albo do kogoś w odwiedziny, albo na badania, albo żeby kogoś odebrać. Podjeżdżały karetki, większość na sygnale, ktoś umierał, ktoś miał się dobrze, ktoś był szczęśliwy, ktoś płakał, ktoś się bał operacji, ktoś właśnie wyjeżdżał z bloku. Różnorodność. Codzienność. Ludzie są bardzo inspirujący i intrygujący. Ich problemy, odczucia, obawy, ich śmiech i radość, człowiek to niedokończony cud. Niedokończony, bo nosi w sobie wiele wad, ale przecież może je zmniejszyć, może je zwalczyć. Jeśli chce.
  Tak bardzo chciałem, żebyśmy już wyszli z tego szpitala, razem ze śmiejącym się Louisem. Tak bardzo chciałem, żeby Zayn się uśmiechnął, żeby Harry odetchnął z ulgą, a Niall znowu zaczął wszystkim poprawiać humor. Ale było inaczej.
  Próbowałem zrozumieć Nicka i jego zachowanie, ale nie byłem w stanie pojąć, dlaczego w ogóle to wszystko się stało, dlaczego ten chłopak, którego uważałem za swojego dobrego przyjaciela, zdradził mnie. Przecież pomógł mi i Harry'emu, o Horanie też nie zapomniał, ale jednak stało się, do cholery.
- To nie ma żadnego sensu. - Przerwał nagle ciszę Harry i cisnął kartki papieru na podłogę. - To był przypadek, wybrali pierwszą lepszą piosenkę, żeby narobić szumu i żebyśmy skupili się na tym, a nie na Louisie.
- Gówno prawda - burknął Niall. - Czy po tym wszystkim, co się stało, wciąż wierzysz w przypadki?
- Wierzę czy nie, trzeba te dwie kwestie odróżniać. I jestem pewny, że mam rację.
- A ja jestem pewny, że nie - Zayn wstał i schylił się po kartki leżące przy łóżku, na którym rozwalił się Styles.
- I'm waking up to ash and dust, I wipe my brow and I sweat my rust, I'm breathing in the chemicals?
- Wdycham chemikalia? Może to pioseka o ćpaniu? - mruknął zniecierpliwiony Harry. Niall przewrócił teatralnie oczami, a Zayn nawet nie słuchał sarkastycznych komentarzy Harry'ego.
- I'm waking up, I feel it in my bones, enough to make my systems blow, welcome...
- Welcome to the new age się powtarzało, a potem to "I'm radioactive" - dokończył Niall.
- W tej piosence jest coś o rewolucji - wzruszyła ramionami Nicki, westchnęła ciężko i zawinęła niedobrego rogala w chusteczkę higieniczną. - Liam, wyrzuć to do kosza, proszę.
  Bez słowa wziąłem do ręki zapakowanego rogalika i wyrzuciłem go do kosza.
- Z czym kojarzy ci się radioaktywność, Harry? - odwróciłem się do chłopaka z lokami. Harry wzruszył ramionami.
- Jak ktoś mówi o radioaktywności, to przed oczami mam wojnę i bomby.
- Czarnobyl - mruknął Zayn.
- Czarnobyl? Tak, masz rację, panie Malik, może atakują nas zmutowani ludzie, którym poprzestawiało się w DNA z powodu radioaktywnych, latających gówien w atmosferze?
- Zamknijcie się, proszę - przerwałem. - All systems go, the sun hasn't died, deep in my bones, straight from inside - przeczytałem na głos, zerkając Zaynowi przez ramię.
- Uprzejmie przypomnę, że wciąż nie wiemy, co znaczy skrót ZR. Wiele by to nam pomogło, a wy skupiacie się na jakichś badziewnych rymowankach.
- Albo się zamkniesz, albo zaczniesz pomagać, albo fora ze dwora - nie wytrzymał Niall. - Harry Styles, wiedz, że nienawidzę twojego ostatniego zachowania, znowu zaczynasz być tym Stylesem, który działał mi na nerwy, ilekroć go widziałem na szkolnym korytarzu.
- Przykro mi, Niall, ale nie mam zamiaru marnować czasu na interpretację piosenek niczym na lekcji angielskiego, kiedy mój przyjaciel jest martwy! - wrzasnął Styles.
- Kto powiedział, że Louis umarł, ty kretynie?! - krzyknął Zayn i podszedł do Harry'ego. - Nikt nie zginął z naszej piątki!
- Jeszcze nie! Poza tym, nie jest nas tylko pięciu!
- Harry, możesz główkować na temat ZR, a oni będą skupiać się na temacie tego tekstu - powiedziała spokojnie Nicki. - Ja też jestem pewna, że nie bez przyczyny akurat te słowa zostały wyśpiewane na placu. Według mnie brzmią jak jakaś przestroga i budzą niepokój oraz sprawiają, że człowiek staje się czujniejszy. Radioaktywność kojarzy się z czymś złym i budzącym przerażenie, tak samo jak było z Czarnobylem, ludzie wyjechali z tego miejsca, większość z nich zachorowała, w dużym procencie śmiertelnie, a zostało to spowodowane wybuchem. Wybuchy natomiast kojarzą się z wojną, wojna z rewolucją. To wszystko się ze sobą wiąże. To jest moja opinia.
- Co robił Louis? - odezwał się Niall. Wszyscy spojrzeli na niego. - Co robił Louis w swoim pokoju przed tym wszystkim? - powtórzył. - Zawsze siedział tam przez większość dnia.
- Zazwyczaj śledził sytuację w USA, obwiniał się za to, co się teraz tam dzieje, a kolorowo nie jest - odparł Zayn.
- A jak wygląda teraz sytuacja polityczna w Stanach?
- Ostatnio wypuścili jakiegoś faceta, który podobno wprowadził kiedyś sporo zamieszania, chciał zabić prezydenta, żeby nim zostać, ale nie udało mu się to. Nie dali mu dożywocia, tylko z trzydzieści lat, nie wiem, czy dobrze mówię, ale wiem, że wyrok ostatecznie został skrócony o parę lat. Teraz jest na wolności. Media dużo o tym trąbią.
- Jak ten facet ma na imię?
- Nie wiem, nie interesowały mnie te sprawy.
- Ja wiem. Joel Zatzmichen - odkaszlnął Harry. - Ale co to ma do rzeczy?
- Myślicie, że Zatzmichen się zmienił? - spytałem. Harry ponownie wzruszył ramionami.
- Jeśli ktoś chciał zabić prezydenta, bo tak rozpaczliwie chciał sprawować władzę w USA, to chyba prędko o tym nie zapomni.
- A co z aktualnym prezydentem Stanów?
- Szykują się wybory na nowego.
- Czyli kiepsko.
- Dla takiego Joela to pora idealna.
- No tak. Wybuchła rewolucja, jest chaos. Nikt nad niczym nie panuje.
- Niall, wyobraź sobie, że jesteś Joelem. - Zwróciłem się do kumpla. - Chcesz dojść do władzy i zbijać kokosy na rządach absolutnych, o których marzysz. Co robisz?
- No... to chyba... uhm, zacząłbym od... likwidowania osób, które są dla mnie zagrożeniem i poważną konkurencją.
- Kto byłby dla ciebie konkurencją?
- Nie wiem... Boże, ktoś, kto jest lubiany przez obywateli i o którym ciągle jest głośno, ludzie chcą o nim czytać, dziennikarze nie dają mu spokoju. I który, oczywiście, ma jakiś związek z polityką.
- Kto dzisiaj jest taką osobą? - rozejrzałem się po pokoju, patrząc na zamyślone twarze chłopaków. - No kto? Kto?!
- Louis Tomlinson - szepnął Harry i podniósł się ze swojego miejsca. - Joel zacząłby od eliminacji Louisa Tomlinsona. Teraz ma czas idealny, bo w USA trwa rewolucja i jeśli wszystko pójdzie po jego myśli, to niedługo wyspy brytyjskie również pogrążą się w chaosie, który przybędzie z Ameryki.
- Tekst Radioactive mówi o rewolucji. Ktoś jest gotowy na jej rozpętanie, ma plan i nie zamierza się poddać.
- Zatzmichen's Revolution - powiedział cicho Zayn.

  Podczas gdy czwórka zagubionych chłopaków próbowała dotrzeć do prawdy i ją przeanalizować, parę pokoi dalej również przebiegała kolejna rewolucja. Z tą różnicą, że chociaż gwałtownie, nagle, to cicho i na swój własny sposób spokojnie.
  Louis Tomlinson zawsze lubił zaskakiwać i obserwować, jak człowiek zmienia swój przerażony grymas w szczery uśmiech. Dlatego pewien fakt nie powinien nikogo zaskoczyć, ale i tak był dużą niespodzianką.
  Pielęgniarka właśnie zmieniała kroplówkę chłopakowi, gdy zauważyła, że jego powieka zaczęła drgać, a po paru minutach uniosła się.

cdn

wtorek, 27 sierpnia 2013

DEAD: ALIVE- XIII - część II

Zayn

- Louis? Louis! LOUIS!!!
  Długo to trwało, zanim zrozumiałem, że mój przyjaciel jest martwy. Jego upadek mogłem analizować nieskończenie wiele razy w pamięci, ta scena cały czas stała mi przed oczami i nie mogłem jej wytępić, wątpiłem, że to się da w ogóle zrobić. Krzyk Lou się urwał, tak jakby ktoś wyłączył radio, jego łkanie zawisło w powietrzu, huk pistoletu zajął całą wolną przestrzeń w atmosferze, chłopak upadł na drogę, zaczęła się przy nim tworzyć czerwona kałuża, powieki zamknęły się już na zawsze.
  Instynktownie zacząłem biec w jego stronę, adrenalina dodawała mi siły, o której istnieniu nawet nie wiedziałem. Zakryłem Louisa w ostatniej chwili, usłyszałem ponowny huk, a potem tylko niewyobrażająco wielki ból w ramieniu. Był tak ogromny, że do oczu napłynęły mi łzy, a ja pochyliłem się nad twarzą Louisa, nie wiedząc, co robić. Czułem się już niepotrzebny. Nie wykorzystałem swojej szansy. Życiowy nieudacznik.
- Dzwonić po pogotowie i policję, ktoś zastrzelił chłopaka!
- Na litość boską, zróbcie coś, łapcie ich!

- Czy jest tutaj Louis Tomlinson?
  Pytanie policjanta stojącego w drzwiach mojego domu zwaliło tatę z nóg. Spojrzałem zdezorientowany na Louisa stojącego obok mnie na szczycie schodów.
- Co to ma... - zacząłem pytać, ale Louis mnie już nie słuchał, zaczął powoli schodzić po schodach, nerwowo poprawiając opadającą grzywkę.
- To ja - odezwał się. Wszystkie spojrzenia zostały skierowane na niego, zapadła kilkusekundowa cisza, aż w końcu mężczyzna rozmawiający z moim ojcem obejrzał się za siebie, skinął lekko głową, a zza jego pleców wyszła para funkcjonariuszy i bez zbędnych ceregieli podeszli do Louisa, po czym przydusili go do ściany i zakuli jego ręce w kajdanki.
- Jest pan oskarżony o morderstwo trzech osób.
- Co?! To jakaś pomyłka, Louis nigdy by nikogo...
- Bylibyśmy wdzięczni, gdyby pan Zayn Malik jutro pojawił się na miejscowym komisariacie - przerwano mi.
- Czy to prawda? - zapytał mnie cicho tata, gdy policjanci wyszli razem z przerażonym do szpiku kości Louisem. Jego zdenerwowanie udzieliło się również i mi, już podchodziłem do drzwi, żeby pojechać na komisariat i wszystko wyjaśnić na spokojnie, bez żadnych nerwów, kiedy ojciec mnie zatrzymał jednym zdaniem. - Sprawiedliwość zawsze wygrywa, Zayn, Louis to mądry facet i da sobie radę, ty nie pomożesz mu na tym etapie.

- W Nowym Jorku, w siedzibie Sądu Dystryktowego USA dla Południowego Dystryktu Nowego Jorku oraz Sądu Apelacyjnego dla Drugiego Okręgu odbyła się rozprawa w sprawie zabójstw dokonanych przez Louisa Tomlinsona. Sędzia skazał go na dożywotni wyrok w więzieniu za świadome trzy zabójstwa.
  Pokazane zostały migawki z rozprawy chłopaka, ale najwięcej było materiału już po niej, dziennikarze zaatakowali Louisa ledwo przy wyjściu z siedziby, zadawali mu setki pytań, przysuwali obiektywy prawie pod sam jego nos, ale chłopak nie mógł nic mówić, był już przegrany.
  Na rozprawie też milczał, nie miał swojego świadka, nie miał nawet marnego adwokata. Wszystko było już postanowione przed samą rozprawą, nie miał żadnych praw. Po prostu przyjęło się, że to on, na pewno on tego dokonał i tyle, po co sobie komplikować życie? Przynajmniej przez trzy tygodnie będzie szum i ludzie odejdą od tematu beznadziejnych rządów w USA. Tomlinson był stanowczo tematem hot, ba, jego wyrok można nawet dopisać do listy tworzonej przez polityków pod tytułem "Amerykańska polityka jest wbrew plotkom na wysokim poziomie, bo...". Wszyscy chcieli zmarnować mu resztki jego życia. Stał się osobą znienawidzoną przez naród.
  Ojciec wpadł w szał.
- Jak mogłeś zadawać się z takim człowiekiem, wiedząc, że jest mordercą?!
- Louis nikogo nie zabił, do ciężkiej cholery!
- Gówno prawda, naopowiadał ci bzdur, a ty w to uwierzyłeś jak ostatni ciota na tej ziemi! Co z ciebie za facet?! Jak ty zagwarantujesz swojej przyszłej kobiecie bezpieczeństwo, jak zadajesz się od najmłodszych lat z jakimiś odmieńcami?!
  Chwyciłem kurtkę i wyszedłem z domu.
  A od tamtej chwili temat o Tomlinsonie się zakończył, ale nie w moim umyśle, nie w mojej pamięci, nie w mojej frustracji i chęci zemsty i przede wszystkim sprawiedliwości.

  Siedziałem na ławce, którą ktoś postawił prawie przy samym brzegu niedużego jeziora, znajdującego się niedaleko Bradford. Był zimny, jesienny wieczór, wiał nieprzyjemny wiatr, chowałem się w grubym czarnym szaliku i płaszczu. Nie chciałem jednak wracać do domu. Nie chciałem oglądać, jak mój ojciec umiera. Cała rodzina zbierała się przy jego łóżku, ale ja nie mogłem, nie potrafiłem, nie byłem w stanie spojrzeć na jego twarz.
  Pięć dni potem zmarł, a ja zostałem sam.

  Liam, Nicki i pani Payne, do której kontakt wygrzebałem w starych notatnikach ojca. Od tamtej pory miałem zacząć zupełnie nowe nowojorskie życie. Ze sztucznym uśmiechem na twarzy złapałem walizkę na kółkach i wolno zacząłem do nich iść, szykując się na równie sztuczne powitalne uściski. Wtedy uświadomiłem sobie coś potwornie niemiłego, że to była ta najlepsza przyjaciółka taty- odsiedziała paroletni, niesprawiedliwie wymierzony wyrok, a potem z pomocą mojego ojca zniszczyła życie psychicznemu mężowi, który znęcał się nad swoimi dziećmi, Liamem i Nicki. Liam był silnym i zahartowanym facetem, ale jego siostra... na pewno też mnie pamiętała i moje towarzystwo byłoby dla niej uciążliwe i kompromitujące. Dlatego postanowiłem sobie, że nie będę się z nią specjalnie spoufalać.

  Louis Tomlinson jest na wolności, media znowu szaleją, a ja nie wiem, co ze sobą począć.

  Pierwszy dzień w nowej szkole, zastanawiałem się, czy tutaj zawsze jest tylu policjantów, czy tylko dzisiaj coś się stało. Ale przecież Liam by mi o tym opowiedział, zdążyłem mu zaufać. I poznałem również Nicka, który nie wydawał się być złym chłopakiem, zresztą- jeśli Liam Payne mu zaufał, to Nick widocznie był tego zaufania warty i nie pochodził z jakiejś dziwnej, patologicznej rodziny, miał równo pod sufitem. Wezwała mnie dyrektorka, o czym poinformował mnie Harry Styles, pieprzony szkolny gwiazdor, który od pierwszej chwili obrzucił mnie jakimś dziwnym spojrzeniem, a Nick switował to jakimś tekstem o gejach, którym Styles i tak nie był, więc to było zupełnie wyrwane z kontekstu. Jak się okazało, nie była to rozmowa o tym, jak mi się podoba w Nowym Jorku i czy dobrze sobie radzę bez ojca, czy o innych bzdetach, a dyrektorka udaje, że ją to obchodzi. To było wręcz przesłuchanie. Policja ściągnęła odciski palców z telefonu Louisa, który miał zawsze przy sobie, a gdy go złapano, żaden szczegół nie uszedł uwadze. Skoro moje odciski palców były na jego telefonie, to chyba coś jest nie tak, prawda? W tamtej chwili zrozumiałem, jakim stałem się kretynem. Postanowiłem pomóc Louisowi, nawet jeśli miałoby mnie to zabić.

  Gdy spotkałem Louisa na obskurnym osiedlu zwanym przez Liama i Nicka "Kudanem", poczułem, że wszystko wraca na swoje miejsce.
  W rzeczywistości wszystko było jeszcze bardziej pogmatwane.
  Obiecany raj stał się piekłem. 

  Te wszystkie momenty przelatywały mi w głowie, szeptałem do Louisa, krzyczałem do niego, po czym znowu zaczynałem szeptać, żeby nie robił głupstw i żeby otwierał te cholerne powieki, żeby się uśmiechnął, żeby syknął z bólu, żeby drgnął mu palec, cokolwiek, byle żył. Nie działo się nic. Louis odnalazł swoje niebo.
  Ludzie mnie popychali, szturchali, owijali szmatkami, żeby nie było drugiej ofiary, ale prawda była taka, że to ja powinienem być martwy, nie Tomlinson, nie Lou, nie ten chłopak, którego obejmowałem na placu po paru latach rozłąki, nie ten chłopak, który zaprowadził nas do opuszczonego szpitala psychiatrycznego, nie ten chłopak, który prowadził samochód na Times Square, a potem stał dokładnie na jego środku i po paru  latach zaczął mówić, a nie milczeć. Rósł w oczach, stał się bohaterem. I nie ten chłopak, który płakał, gdy prawnik tłumaczył mu, że dostanie wynagrodzenie, że Chris wyląduje razem ze swoim ojcem w więzieniu i że z rzekomego mordercy zamienił się w politycznego, amerykańskiego herosa. Louis wtedy był kłębkiem nerwów, ale był szczęśliwy, pierwszy raz po tak długim czasie.
  Louis Tomlinson nie mógł umrzeć, bo zastrzelił go ktoś, kto znowu chciał mu te zasłużone szczęście odebrać.

- Jak masz na imię?
- On nie jest zdolny mówić, plącze mu się język.
- Gada sam do siebie.
- Wstrzyknijcie mu coś na uspokojenie.
- Ach, to Zayn Malik, kumpel tego cholernego Tomlinsona.
- Żyje?
- Będzie ciężko, ale chyba tak.
- Chyba.

- Zayn.
  Wiesz co? Masz rację, masz cholerną rację, jestem już tylko wrzodem na dupie.
- Zayn Malik, musisz wstać.
  Idź. Wracaj do chłopaków. Wasza męczarnia i życie w stresie właśnie się kończy. Nie powinieneś był mnie szukać. Powinienem siedzieć w więzieniu, albo już dawno nie żyć. Przez ciebie wciąż tu jestem i narażam kolejne, niewinne osoby na pewną śmierć.
- Louis, nie rób tego.
- Zayn.
  Sen i kotłujące się w moim umyśle wspomnienia po zadaniu mi ostatnich, bolesnych ciosów, opuściły mnie.
- Wciąż śnisz o swoim przyjacielu?
  Za te debilne pytanie powinna dostać statuetkę, ewentualnie medal. Złoty.
- Pani by nie śniła o kimś, kto prawie umarł przez panią z pani winy? - wymruczałem, nie otwierając powiek.
- Zayn, obudź się, plącze ci się język i twoje zdania nie mają żadnego sensu. Ani gramatycznego, ani tego głębszego, wiesz, o co mi chodzi.
  Westchnąłem i otworzyłem sennie oczy, pocierając je dłonią.
- Myślę, że wieczorem ściągnę ci już bandaże, rana się wystarczająco dobrze zagoiła, tylko ci przeszkadzają, prawda?
- Lepiej byłoby bez niego - wzruszyłem ramionami. - Co u Louisa?
- Pan Tomlinson ma zamiar chyba odespać swoje wszystkie złe noce - mruknęła. - Nie martw się, pacjenci zazwyczaj budzą się po tygodniu, to nie jest jakaś wieloletnia śpiączka. Byłaby, gdyby nie ty. A w sumie to nawet by śpiączki już nie było, tylko grób na cmentarzu. Co chcesz na śniadanie?
- Nic - ziewnąłem.
- Chyba sobie kpisz? Potrzebujesz jedzenia.
- Szpitalne jest okropne.
- Zayn! - pielęgniarka uśmiechała się. Może i nie była specjalnie urodziwa, ale polubiłem ją, była naprawdę w porządku, nie to, co przeżywała Nicki, zwykłe noszenie koszuli brata zamiast szpitalnej pidżamy wymagało interwencji samego Liama. Niall przyniósł mi swoje spodnie dresowe i czarną koszulkę-bokserkę, nie wyglądałem zbyt wyjściowo, ale wolałem to, niż koszula i gacie w paski, niczym z obozu koncentracyjnego. Ble.
- Herbata, tosty.
- I kasza manna.
- Nienawidzę kaszy manny!
- Potraktuj to jako lek - podała mi miseczkę. Wzdychnąłem i schyliłem się po łyżkę, a gdy pani wyszła z sali, poprawiłem poduszkę za swoimi plecami i usiadłem tak, jak nie było to wskazane, ale niewątpliwie było najwygodniej. Moje szczęście polegało na tym, że nie miałem kroplówki i swobodnie mogłem się poruszać. No, prawie swobodnie, bo nie pozwalali mi dłużej chodzić po szpitalu bez wózka.
  Sięgnąłem po pilot od telewizora leżący na szafce nocnej i gapiłem się tępo w jakiś denny talk show, mieszając białą papkę, którą zmuszony byłem zjeść. Program był tak nudny, że coraz częściej przymykałem powieki i naprawdę bym znowu zasnął, gdyby nie ktoś, kto postanowił mnie odwiedzić.
- Hej, Zayn.
  W drzwiach stała Nicki.
- A ty co? - uśmiechnąłem się i odłożyłem miskę na stolik.
- Nic. Był u ciebie Liam czy Niall? Albo Harry?
- Nie, szczerze mówiąc, to dopiero się obudziłem. To znaczy, przyszła do mnie pielęgniarka i mnie obudziła i myśli, że tknę szpitalne śniadanie.
- Jest obrzydliwe, fakt, ale ja już mam to za sobą - wyglądała na dumną z siebie, co mnie rozbawiło. Westchnęła ciężko i usiadła obok mnie na łóżku.
- Nie mogę się doczekać, kiedy obudzi się Louis - powiedziała.
- O ile dobrze pamiętam, to niezbyt za nim przepadałaś.
- No właśnie. Czuję potrzebę rozmowy z tym chłopakiem.
- Lou ma skomplikowaną osobowość, ale jest dobrym facetem.
- Wierzę ci. Jak się czujesz?
- Jak gówno.
- Zayn...
- Nicki, czy ktoś cię tu przysłał, żeby odhaczyć kolejną rozmowę ze mną, żebym się ogarnął, czy co? Nie chcę być nieuprzejmy, ale nikt z was nie wie, co...
- Zayn - powtórzyła, przerywając mi- chłopaki mówili, że chcą z tobą pogadać i przewidziałam, że wniebowzięty nie będziesz, więc pomyślałam, że będziesz chciał pogadać ze mną.
  Ze mną.
  Ouch, Nicki.
- Bo wiem, że oni będą głównie poruszać kwestie... uhm, kryminalne? Wiesz, będą dociekać, kto za tym wszystkim stoi. Ja nie chcę teraz o tym mówić.
- A o czym?
- Wydaje mi się, że nie wiesz, ile znaczysz dla ludzi.
- To znaczy? - nie zrozumiałem.
- Nie jesteś świadomy swojej wartości. Jesteś silnym, dobrym, pełnym empatii facetem, Zayn. Wszyscy widzą, co się z tobą teraz dzieje i każdego to martwi. Oczywiście, że nie możemy do końca wiedzieć, co teraz czujesz, bo masz prawo mieć jakieś wyrzuty sumienia za to, co powiedziałeś Louisowi, zanim tamten gość do niego strzelił, ale wiedz, że te wyrzuty sumienia nie mają żadnego sensu, bo żaden z nas nie zawinił. Mówiąc "nas" mam na myśli ciebie, chłopaków, Louisa i mnie. Zawinił tu tylko ten człowiek, który rozpoczął całą tą sytuację. Ty jedynie miałeś pecha, bo byłeś świadkiem jego kolejnej udanej próby i przerosło cię to. Louis żyje, jest w śpiączce, ale lekarze mówią, że niedługo się obudzi. Wyzdrowieje i razem będziecie knuć, co się tak właściwie dzieje, bo teraz każdy jest w totalnej rozsypce i nie wie, co ze sobą zrobić, każdy z nas w pewnym stopniu czuje się taki... niepotrzebny i cholernie bezradny. My wszyscy jesteśmy w to włączeni i nie możesz siebie cały czas obarczać. Louis potrzebuje silnego przyjaciela z setkami pomysłów, a nie słabego, zagubionego chłopaka, który nie może mu zagwarantować wsparcia. Gdy Lou się obudzi i zobaczy, w jakim jesteś stanie, to jeszcze gorzej się poczuje i zwyczajnie od was ucieknie, bo będzie wciąż sądzić, że wszystko psuje swoją obecnością. Jeśli teraz czujesz do siebie aż taki wstręt, to zacznij działać ze względu na nas i na Louisa przede wszystkim.
- Dzisiaj przyjeżdża twoja mama? - zapytałem po chwili ciszy.
- Ona już przyjechała. Wczoraj.
- Miałem na myśli, że do szpitala.
- Tak. Nick też.
- Dobra.
  Podniosłem się z łóżka i usiadłem obok Nicki.
- A jak ty się czujesz? - zgarnąłem jej włosy za ucho i badawczo jej się przyjrzałem.
- Całkiem nieźle, ale bywało lepiej - wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się. - Mam nadzieję, że jak przyjedzie mama, to zrobi chociaż jakiś minimalny porządek, bo ja mogę się produkować całe dnie, ale facetom do rozumu nie przemówię, a Liam też chodzi trochę rozbity, obudził mnie dzisiaj rano, bo wywrócił colę Nialla, no właśnie, tylko Niall potrafi się oga...
  Przerwałem jej pocałunkiem.

Harry

  Najprawdopodobniej byłem jedyną osobą na tym beznadziejnym świecie, która nie cierpi, wręcz nienawidzi hoteli, a zwłaszcza spania w nich. Kochałem swój dom, swój pokój i swoje łóżko, spałem w nieswoim tylko wtedy, kiedy byłem do tego zmuszony, jak teraz. Co prawda szpital pewnie by nam coś zaoferował, ale nie miałem ochoty spać w nim, już wolałem męczyć się w hotelu. Boże, one w ogóle nie mają duszy, cały czas przewalają się przez nie różni ludzie z różnych stron świata, są takie... niczyje, smutne i nijakie. I mi się źle kojarzyły.
  Starym zwyczajem zaspałem i nikt nie raczył mnie obudzić. Niall stwierdził, że słodko wyglądam gdy śpię i nie miał serca ściągnąć ze mnie kołdry i bić poduszką, żebym się obudził. Wcisnął mi klucze do garści i razem z Liamem wyszli do szpitala, żeby zobaczyć, czy coś zmieniło się u Louisa, Zayna i Nicki.
  Szedłem właśnie w stronę St Thomas' Hospital, jedząc croissanta kupionego w przypadkowym sklepie i myślałem o naszej jakże żałosnej sytuacji. Ktoś chce nas załatwić, to proste. Może nie tyle nas, co Louisa. Intuicja podpowiadała mi, że powinniśmy cały czas czuwać przy Louisie i pilnować, żeby jego stan sprawdzała cały czas ta sama pielęgniarka i lekarz, bo strach pomyśleć, na ile tych dziwnych spiskowców było stać- co to za logika udawać znajomego Louisa i coś mu zrobić, czy zrobić tak samo, ale udawać lekarza?
  I przede wszystkim: co, do jasnej cholery, oznaczał skrót ZR?
  I dlaczego w szpitalu uciekała przede mną jakaś dziewczyna, która widziała, że spadł jej szalik, a gdy chciałem jej go oddać, przeraziła się i pojechała windą na parter? Kogoś mi ona przypominała.
  Ale kogo?

cdn

***
Mam nadzieję, że nie zanudziłam dzisiaj, bo trochę akcja się ciągnie, ale nie miejcie mi tego za złe :D Powiedzcie mi, kiedy wakacje minęły tak szybko? Powtarzałam sobie, że dwójka Deada ma się skończyć przed wrześniem, jest już przełom sierpnia i września, a ja mogę się rozpisywać, a końca nie widać! Co Wy ze mną robicie (albo raczej: co ja robię z Wami)?!